Nie czytam gazet, bo nie znoszę gdy ktoś PISZE, choć nie ma nic DO POWIEDZENIA

Dziękuję drogi Czytelniku że zechciałeś poświęcić mi swój cenny czas. Jeszcze bardziej będę wdzięczny gdy moją opinię przekażesz innym. Piszę te słowa, bo uważam, że trzeba to wreszcie głośno powiedzieć.

Nie czytam czasopism papierowych. Czasami je kupuję, ale nawet wtedy nie czytam. Mam duże archiwum papierowych czasopism (głównie tygodników), których żal mi wyrzucić, ale nigdy tam nie zaglądam. Trochę mi było głupio z tego powodu aż do wczoraj.

Wczoraj osoba którą cenię zaproponowała mi napisanie serii artykułów podobnych do tego, co pisze pewien dziennikarski autorytet, pan X. Wczytałem się w jeden z sążnistych artykułów pana X, by zobaczyć, czy umiałbym pisać tak jak ON. Z żalem stwierdzam, że nie potrafię. I nie chcę. Artykuł o którym mowa był popisem erudycji – zawierał cytaty z wielu wypowiedzi różnych mądrych i ważnych osób. Osoby te były zapewne mądre, skoro książki przez nie napisane zostały opublikowane przez wiodące wydawnictwa. Ja jednak po pięciu stronach artykułu nadal nie wiedziałem, co autor miał na myśli. Czułem się malutki wobec JEGO erudycji, ale żadnych korzyści nie byłem w stanie z tej lektury wyciągnąć. Przypomniałem sobie wtedy wiele innych artykułów napisanych w podobny sposób i doszedłem do wniosku, że winny jest nie autor, ale SYSTEM.

System publikowania prasy papierowej powoduje, że autor pisze nie wtedy, gdy ma coś ważnego do przekazania, ale wtedy – i w takiej objętości – jak zaplanuje to redakcja. Autor zna objętość i temat i ma napisać COŚ. Dziennikarz pisze coś kompilując wypowiedzi innych na zadany temat. Artykuł taki nie ma zwykle tezy ani puenty: wygląda raczej na streszczenie przeczytanej (lub może tylko przekartkowanej) literatury. Po co go czytać? Ja nie wiem.

Drodzy wydawcy umierającej prasy papierowej – Waszym problemem nie jest to, że Internet Wam robi krzywdę. Waszym problemem jest to, że Wasi czytelnicy nie są już zmuszeni do czytania Waszych tekstów. Wasi czytelnicy sami wybierają co ich interesuje i mają w nosie pomysły Waszych redakcji.

Gdy chcę znaleźć odpowiedź na konkretne pytanie, poszukam jej w Google. Gdy chcę zobaczyć, co dzieje się w świecie – zajrzę na Onet. Żeby zobaczyć co ciekawego dzieje się u moich krewnych znajomych lub w mojej branży – zaglądam na Facebook. Tam też zobaczę komentarze do ważnych idei, które mądrzy ludzie przedstawili na swoich blogach.

A kiedy chcę poczytać coś mądrego, lepiej zrozumieć świat – biorę Summę teologiczną św. Tomasza. W oryginale. Bo ja naprawdę mam dużo ważnych rzeczy, które powinienem jeszcze przeczytać… Nośnik nie gra roli. To nie papier jest winny.

P.S. Redakcje prasowe niech sobie przypomną ten cytat z Ad leones Norwida: „REDAKCJA JEST REDUKCJĄ”. Zadaniem redakcji nie jest wciskanie tekstów do przeczytania, ale odrzucanie rzeczy nieistotnych. Na razie jednak redakcje zamiast redukować szum informacyjny, redukują zatrudnienie dziennikarzy…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Analizy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Nie czytam gazet, bo nie znoszę gdy ktoś PISZE, choć nie ma nic DO POWIEDZENIA

  1. wik pisze:

    Święte słowa. Się w całej rozciągłości zgadzam z treścią tego wpisu.
    Jedno mnie tylko razi w oczy. Nie używajmy sformułowania „wiodące wydawnictwa” w tym kontekście. Wiodący to może być ktoś kto prowadzi lud na barykady, można wieść spory, można iść na czele i dowodzić, czyli wieść lub zwyczajnie wieść kogoś w jakimś kierunku… Określenie „Wiodący” -NIE RÓWNA SIĘ- czołowy, jeden z pierwszych, pierwszy, lider itp… Szkoda, że tak często obecnie znaczenie tego słowa jest mylone i wypowiadane jest w innym kontekście, co brzmi wówczas śmiesznie…
    Por. http://sjp.pwn.pl/lista.php?co=wiod%B1cy

  2. pwf pisze:

    Przeczytałem. Słuszne. Da się skrócić (zredukować). Miałem szczęście, bo na felietony, które pisałem nigdy nie było więcej niż trzy tysiące znaków, a że pisałem je, wtedy kiedy miałem potrzebę podzielenia się informacja o jakimś fakcie, albo jakimś skojarzeniem, to — mam nadzieję — nie podpadam pod ostra ocenę Autora osobiście. Prasę papierową czytam doraźnie, mam jeden tygodnik opinii, w którym z zaciekawieniem wchłaniam prawie połowę tekstów. Wydaje mi się on bardzo dobrze redagowany. Tak więc uogólnienie może być nieco krzywdzące, choć — fakt — odnosi się do sporej części współczesnego nadmiaru wszytskiego, w tym informacji w szczególności.

    Powyższe pisze po to, żeby przekazać Autorowi, że ktoś przeczytał i zrozumiał. Z rozpędu przeczytałem tez pierwszy komentarz i muszę powiedzieć, że zbrzydził mnie do głąba. „Obrazowanszczyków” (w całym swoim tekście Sołżenicyn używa takiego słowa raz albo dwa http://lib.ru/PROZA/SOLZHENICYN/obrazovan.txt to jest tekst o zjawisku, nie przeciw ludziom, poza tym poprawnie i zgodnie z duchem języka powinno być „obrazowaniec” — przepraszam za erudycję), „gnidy”, „pogarda”, to pozostaje w kompletnym braku związku z komentowanym tekstem, a wnosi ten obrzydliwy, wypełzający w mediach ostatnio ton.

    Nie będę czytał więcej komentarzy.

  3. @pwf
    Ten pierwszy komentarz odnosił się do bardzo konkretnego kontekstu i był tu istotnie nie na miejscu, więc go usunąłem.

    Ale ad rem: tak, zgadzam się, że to jest uogólnienie i do tego często krzywdzące. Wielu dziennikarzy i felietonistów robi co może. Ale sam system im to utrudnia. Ten sam autor pisząc tekst do Internetu będzie zabiegał o to, by uwagę czytelnika przykuć a potem całym tekstem go zadowolić. Bo tutaj każdy tekst samodzielnie walczy o czytelnika.

    I co istotne – ja to piszę TERAZ. W czasach, gdy teksty prasowe naprawdę ważne i warte przeczytania i tak do mnie trafią: przez Internet. O pozostałych (które nikogo nie zainteresowały) po prostu się nie dowiem.

  4. były piszący dziennikarz pisze:

    absolutnie prawda. Nic dodać nic ująć. Wiem z autopsji.

  5. były piszący dziennikarz pisze:

    To co napisał Pan doktor jest prawdą. Pracowałem kilka lat jako piszący dziennikarz i wtedy przestałem czytać gazety. Dlaczego? Bo wiedziałem i widziałem jak powstają artykuły. Niektóre się po prostu produkuje w redakcjach, na miejscu nie będąc w terenie opisuje się zdarzenie jako tzw. świadek zdarzenia naoczny. Winę ponoszą redakcje dobierając kadry; brak kompetencji jest codziennością, do tego dochodzi brak odpowiedzialności i trzeźwego myślenia plus lenistwo. Nie znam mniej kompetentnej grupy zawodowej niż dziennikarze – sam pracując kilka lat spotkałem dwoje jedynie z cenzusem – reszta z łapanki. Może warto reaktywować pomysł UE kwalifikacji zawodu jako „specjalista”? (żeby do uprawiania była potrzebna licencja/dyplom). W innych krajach Unii tak jest – w Polsce projekt został zduszony przez media po kilku dniach parę lat temu.

  6. mmazur pisze:

    To się (częściowo) odnosi też do blogów. Praktycznie z definicji nie czytam blogów ludzi, którzy starają się publikować regularnie powiedzmy kilka razy w tygodniu. Nawet jeśli taki autor ma skumulowaną przez wiele lat bazę ciekawych spostrzeżeń, to prędzej czy później mu się ona wyczerpie i nie ma szans, żeby dalsze czytanie takiego kogoś miało sens.

  7. @mmazur
    Racja. Ja piszę nieregularnie – wtedy, gdy zauważę lub wymyślę coś ciekawego i czuję potrzebę, by się tym podzielić. Nie zmuszam się nigdy do pisania.

    Gdyby gazety potrafiły wychodzić w zmiennej objętości publikując raz więcej, raz mniej zależnie od tego, czy jest o czym pisać, to może nie miałyby takich problemów, jakie teraz mają.

  8. Ordnung Muss pisze:

    W sumie racja. M. in. Korwin-Mikke ma podobne zdanie – może dlatego, że w Internecie już dawno wygrałby wybory, a w realu nie ma na to najmniejszych szans? Jak jacyś oszuści w „Dzienniku” publikują potwornie zmanipulowany artykuł pt. „Wyszydził dziecko!!!111”, to bezczelnie szkalowany JKM nie ma się jak do tego odnieść, nawet sprostowania musi dochodzić drogą sądową (!!!). W Internecie może na ten temat napisać na popularnym blogu, jego zwolennicy mogą zaprotestować (rzeczowymi argumentami) w komentarzach pod artykułem…

    z drugiej strony informacje w Internecie można zmieniać. Np. usuwać części wpisów czy nawet całe artykuły…

  9. Roman Topor-Madry pisze:

    Napisane z sarkazmem, ale jakze prawdziwe.
    Czytajac w gazetach codziennych opisy spraw, ktore znamy zawodowo zadziwia* nas (*zamurowywuje, zrzuca z krzesla, kanapy, irytuje, zdumiewa, – niepotrzebne skreslic, a potrzebne dopisac) uproszczenie tematu, czesto interpretacja odmienna od tej oczywistej, od tej niejakiej naukowo przyjetej sciezki myslowej.
    W sumie, tlumaczymy sobie, dziennikarz – nie jest naukowcem: pisze, co mu powiedza, co przeczyta (albo i nie), wiec usprawiedliwiamy ten niejaki nieprofesjonalizm….

    Jest znacznie gorzej, jak sie zastanowimy, ze zarowno my, jak i tysiace innych czytelnikow przyjmuje wiedze (gdzie nie sa ekspertami) gazetowa za prawdziwa… i na jej podstawie wyrabia sobie opinie i osad. A wlos staje deba gdy pomyslec, ze jakosc tych tekstow, ktore sa podstawa naszych sadow jest podobnie malo profesjonalna jak te ktore potrafimy pod tym wzgledem ocenic…

    Moze jednak powinnismy czytac i wymagac od dziennikarzy profesjonalizmu?? Nie wiem jak to zrobic, ale przypominam sobie pewnego krytyka, ktory mowil, ze nie czyta gazet i recenzji innych osob zeby sie nie zasugerowac:)

  10. @były piszący dziennikarz
    Przecież to nierealne. To jak pomysł prawie każdego rządu, by na ważne (czyli wszystkie) rodzaje działalności konieczne były koncesje, bo tylko one gwarantują jakość. Jak licencja może gwarantować merytoryczne przygotowanie dziennikarza do zawodu, skoro nie gwarantuje go nawet dyplom ukończenia studiów dziennikarskich. A jeśli jakieś gazety są kiepskie, to ludzie są od tego by ich nie kupować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *