Profesor jako obiekt muzealny

Byłem dziś w MOCAK-u. Zbieram szczękę z podłogi. Oprowadzono mnie tam z namaszczeniem po Bibliotece Mieczysława Porębskiego. Nie spodziewałem się, że „Muzeum Sztuki Współczesnej” może na mnie wywrzeć tak niesamowite wrażenie. A jednak.

Pokazywanie w muzeach zużytych podpasek czy pisuarów to standard. Ziewam przy tym. Ale w owej bibliotece, pokazywanej jak muzealna gablota poczułem się zupełnie, jakby ktoś pokazywał moją własną, prywatną szafę z ubraniami. Nie szafę Porębskiego, ale szafę moją.

Jestem teraz w domu. Na półkach widzę te same tytuły, co w owej muzealnej ekspozycji. Te same wydania klasyków filozofii, historyków sztuki czy antropologów. W bibliotece Porębskiego miałem wrażenie, że połowę tych tytułów mam u siebie w domu. Bo wszyscy tak mają. W domach moich znajomych, które odwiedzałem, były te same książki – tych samych autorów, te same tytuły… Jedni mieli kilka regałów więcej, inni mniej, bo część książek trzymali na strychu lub w drugim mieszkaniu… Ale to przecież absolutnie normalny standard.

Jasne, ś.p. Mieczysław Porębski to postać szczególna dla krakowskich historyków sztuki, bo to ich profesor, którego wszyscy znali. Postać reprezentatywna dla tego środowiska. Jego biblioteka dobrze pokazuje, czym typowy profesor humanistyki jest zainteresowany. Ale zabolało mnie, że przewodniczka pokazywała te kilka regałów z książkami (na oko jakieś 1,5 tysiąca) jako curiosum (zaznaczając wszakże, że to tylko część jego zbiorów). A przecież to standard. Przecież to normalne, że ma się w domu trochę (parę tysięcy) książek, tych najważniejszych, bo reszta stoi w tzw. „zakładzie”, w bibliotece instytutowej czy Bibliotece Jagiellońskiej.

Sztuka nowoczesna szokuje. To oczywiste. Ma szokować.

Czuję się zszokowany (pol.: wstrząśnięty).

Dla odmiany takie sobie zdjęcie standardowego dzieła sztuki współczesnej, nie szokujące, przywiezione z Biennale Sztuki Współczesnej w Wenecji, kilka tygodni temu:

pisuar

Z kolei Biblioteka Mieczysława Porębskiego w Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie wygląda tak, jak tu pokazano.

Ale mam jeszcze jedną obserwację. Bo tym, co mnie wstrząsnęło, było właśnie to, że to były te same książki, które ja mam w domu. Stąd to doświadczenie intymności, które tam przeżyłem. Doświadczenie z pewnością obce większości Polaków, skoro 95% mieszkańców Polski nie ma nawet 1/3 tej liczby, która znajduje się w owym małym muzealnym pomieszczeniu (wg Diagnozy Społecznej 2013 tylko 5% ma ponad 500 książek w domu). Ale to, że inni tego nie przeżywają nie oznacza, że nie powinienem się tym podzielić. Mianowicie ta wystawa przypomniała mi ustęp z Historii filozofii Tatarkiewicza, który zadziwił mnie bardzo, gdy go pierwszy raz czytałem, jeszcze jako licealista.

We wstępie do III tomu, charakteryzując filozofię XIX wieku, pisze Tatarkiewicz:

Wyniki tych nowych warunków, nowego tempa nie były wyłącznie dodatnie. Łatwość zdobywania wiedzy przyczyniła się do jej powierzchowności; wydała nie tylko więcej fachowych filozofów, ale i więcej dyletantów. Łatwość druku powodowała, że szły doń także prace mniej cenne, które dawniej byłyby bez szkody zostały w rękopisie.

Uderzyło mnie to wtedy – jak to, Tatarkiewicz zjawiskiem negatywnym nazywa to, że w XIX w. drukowano rzeczy, które inaczej byłyby tylko w rękopisie? A jednak, teraz to rozumiem. Ta trudność w dostępie do prasy drukarskiej, która mimo wszystko zachowała się jeszcze do końca ery przedinternetowej (na co wpływ też miała cenzura komunistyczna w Polsce) sprawiła, że spotykając się z dowolnym inteligentem mogłem zakładać, że czytał (albo przynajmniej miał w ręku) te same książki co ja, mamy więc o czym rozmawiać.

Jak pisał poeta w jednej z książek na półce Porębskiego:

Do kraju tego (…) tęskno mi, Panie!

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Analizy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *