Socjobiologia etyki dziennikarskiej

Po katastrofie smoleńskiej zaczęło się w Polsce bardzo dużo mówić o etyce dziennikarskiej i rzetelności mediów. Na Forum Ekonomicznym w Krynicy poświęcono temu tematowi specjalny panel, w której przedstawiłem moje stanowisko zaczynając je od słów „moim zdaniem ta dyskusja nie ma sensu, problem jest źle postawiony”. Bo tak naprawdę rzeczywistość wygląda następująco:…

Zacznijmy od tego, że jako filozof katolicki uważam, że kodeksy etyczne tworzone przez ludzi są głupie. Jako tomista wierzę w prawo naturalne. Śmieszą mnie „autorytety dziennikarskie” mówiące ludziom, co jest dobre, a co złe i pouczające innych dziennikarzy o tym, czego nie wypada robić lub pisać. Zgadzam się zw św. Tomaszem i Arystotelesem: trzeba poznać naturę i działać zgodnie z nią. Zresztą… prawa sprzeczne z naturą i tak będą omijane… Nie będę tu rozważał, czym jest prawdziwa natura ludzka i co jest z nią zgodne, a co nie. To temat fascynujący, ale obszerny: przeczytajcie Summę teologiczną, to pogadamy. Dzisiaj tematem dnia jest natura mediów. Jakie czyny są z nią zgodne, a jakie są grzechami przeciw naturze.

1. Problem nierzetelnych dziennikarzy jest nieaktualny

Dyskusję o rzetelności dziennikarskiej można było toczyć 15 lat temu. Wtedy istotnie dziennikarze prasowi, radiowi czy telewizyjni mogli być nierzetelni. Oczywiście: nie w sensie „wolno im było”, ale w sensie „byli w stanie”. Tak, 15 lat temu dzienikarze prasowi, radiowi czy telewizyjni byli w stanie być nierzetelni. Nierzetelność uchodziła im na sucho.

Spójrzmy na rzeczywistość mediów polskich około roku 1995: kilka dużych gazet ogólnopolskich (w tym jedna wielka), po kilka gazet w wielkich miastach, tygodniki, miesięczniki, kilka dużych stacji radiowych, potężna telewizja publiczna i powstające telewizje komercyjne. Oraz książki. Wszystko to były media jednokierunkowe, w których wąska kasta zawodowych dziennikarzy

a) mówiła do społeczeństwa, nadając przez media,

b) rozmawiała ze sobą, prowadząc polemiki na łamach tych samych gazet lub krytykując się wzajemnie (np. krytykując w PR3 artykuł opisany w „Gazecie Wyborczej”).

Jednak te wzajemne rozmowy mediów, opisane w punkcie (b) miały bardziej charakter teatru, szeptów scenicznych, które tylko pozornie są rozmową między aktorami, a w istocie skierowane są do osób postronnych, widzów i czytelników. Chcąc naprawdę porozmawiać dziennikarze spotykali się osobiście: przy wódce, na korytarzu sejmowym, czasem na jakiejś konferencji…

Tak więc rozmowy między mediami możemy zignorować, bo i tak nie jesteśmy w stanie odfiltrować, co w nich było prawdziwą dyskusją, będącą przedłużeniem prywatnych spotkań dziennikarzy, a co tylko grą na użytek publiczności.

Co więcej – rozmowy między mediami możemy zignorować też z innego względu – rzadko się zdarzało, by odbiorca śledził oba wzajemnie krytykujące się media i znał stanowisko obu stron. Albo więc trafiał do niego materiał oryginalny, a nie wiedział o tym, że inne medium go skrytykowało — albo na odwrót: docierała doń krytyka wybranych tez, a nie znał materiału oryginalnego.

Dlatego można przyjąć, że krytyka de facto nie istniała: 15 lat temu dziennikarz śmiało mógł pozwolić sobie na nierzetelność.

Skąd więc teraz tyle hałasu o nierzetelności dziennikarskiej? Dlatego, że teraz widać ją na pierwszy rzut oka. I dlatego właśnie dziennikarz nie może już sobie na nią pozwolić. Bo dzisiaj mamy Internet.

Do połowy lat 90. zeszłego stulecia zwykły obywatel mógł gazetę podrzeć i podeptać. Ewentualnie mógł wysłać do redakcji list, który redakcja mogła bezkarnie podrzeć i podeptać. I na tym kończyła się ich komunikacja. Wielkim sukcesem telewizji był wynalazek usług opartych o premium SMS, które dało telewizji kanał zwrotny umożliwiający błyskawiczny sondaż lub głosowanie. Ale nadal wyniki takiej sondy dało się ukryć w dowolnym momencie lub bezkarnie zmanipulować.

Rok temu polski Internet przekroczył magiczną granicę: dotarł do ponad 50% gospodarstw domowych. I to spowodowało przełom. Dzisiaj każdy może sam sprawdzić, czy polityk powiedział to, co dziennikarz mu przypisuje. Dzisiaj każdy może sam przedstawić i upowszechnić swoją wersję wydarzeń. Dzisiaj kłamstwo i manipulacja są napiętnowane natychmiast.

Dzisiaj dziennikarze nie mogą już przedstawiać własnej wersji wydarzeń – muszą je opisywać tak, jak one naprawdę wyglądały. Ciężar pracy mediów przesuwa się z bycia komentatorem wydarzeń bieżących na bycie ich protokolantem, nie mającym prawa do posiadania własnego zdania. Oczywiście nie jest to prawo bezwzględne. Ewolucja nie zabrania wszak narodzin cielęcia o pięciu nogach. Ale istnieje przemożna presja ewolucyjna na to, by eliminować media nierzetelne. Przez sam fakt, że teraz wszelką nierzetelność widać.

2. Etyczny problem selekcji informacji

W dzisiejszym świecie, w którym upadają wszelkie przeszkody tamujące przepływ informacji — takie jak odległość fizyczna, bariery językowe i ekonomiczne czy niewygody ergonomiczne — problemem nie jest już brak informacji, ale jej nadmiar. Pracą dziennikarzy nie jest już przekazanie informacji (ona przekazuje się sama), ale jej dobór: co w tym świecie jest naprawdę ważne?

Wydawać by się mogło, że na tym polu można sobie pozwolić na wiele nieuczciwości. Można ukryć jakąś informację, a inną wyeksponować. Ja jednak twierdzę, że to pozór: presja ewolucyjna wyeliminuje redakcje kierujące się czym innym niż ciekawość odbiorców.

Dawno, dawno temu, tj. ok. roku 1995, o tym, czy dane materiały interesują czytelnika, dziennikarz prasowy mógł się dowiedzieć obserwując dzienny nakład swojej gazety, a ściślej liczbę egzemplarzy, jakie wróciły z kiosków i poszły na przemiał. Nie było możliwości, by na bieżąco śledzić, czy trzeci artykuł na siódmej stronie zwiększył czy zmniejszył ten nakład. Jedyne, co można było zrobić, to przeprowadzić sondę i zapytać 1000 osób, czy czytały dany artykuł i czy im się podoba. Ale zupełnie nie wiadomo było, czy te opinie przekładały się jakoś na chęć zakupu kolejnego egzemplarza gazety.

Nowoczesne systemy mierzenia oglądalności telewizji mówią nam więcej: wiadomo z grubsza, jaki procent publiczności telewizyjnej w danym czasie miał włączony telewizor na danym kanale. Nadal jednak są to wyliczenia szacunkowe, w dodatku ex post – pozwalają na wyciąganie wniosków na przyszłość, ale nie dają możliwości reakcji w trakcie.

W Internecie wszystko jest inaczej. Przede wszystkim – o tym, czy dany artykuł jest czytany, wiadomo natychmiast. Natychmiast też można zmodyfikować jego treść, gdy czytelnicy wychwycą błąd merytoryczny. Ponieważ o tym błędzie chętniej powiadomią swoich znajomych niż redakcję, jest silna presja, by błędy poprawiać natychmiast.

Najważniejszy jest jednak interes ekonomiczny – który w mediach Internetowych jest bezpośrednio związany z tym, ile osób czyta dany artykuł. Powiem to jeszcze raz, bo to bardzo ważne: dziennikarz internetowy wie natychmiast, czy jego artykuł jest interesujący czy nie, nawet gdy nie chce tego wiedzieć. Bo nie chodzi tu o jakieś „sztuczne podkręcanie” oglądalności. Sama wiedza o tym tworzy presję ewolucyjną: te media, które lepiej odczytują nastroje czytelników, osiągają większy sukces ewolucyjny: zatrudniają więcej dziennikarzy, mogą pozyskiwać ciekawsze treści

To jest miejsce, w którym dziennikarzom „tradycyjnym” bardzo łatwo jest krytykować „media internetowe”. Bardzo łatwo jest oskarżać je o „pogoń za oglądalnością”, „schlebianie niskim instynktom”, „komercjalizację” i inne grzechy, którym „tradycyjni” dziennikarze nie ulegali nie z powodu swojej cnoty, ale z powodu własnej niemożności. Sądzę, że oni też chcieliby, by wszyscy ich czytali, by ludzie się emocjonowali i inwestowali swój czas…

A jednak to ewolucja wymyśliła błonę dziewiczą, ewolucja nauczyła nas zachowywać wierność w małżeństwie i czułość wobec dzieci. Ewolucja nas nauczyła wzajemnie sobie pomagać. Bo te wynalazki były dobre. I są dobre nadal. To wcale nie jest tak, że ludzie zostawieni sami sobie pogrążą się w dzikich orgiach i wyrżną się wszyscy. Jako miłośnik katolickiego tomizmu i empirycznej socjobiologii wierzę, że na dłuższą metę zbankrutują te redakcje, które nie znajdą właściwej równowagi między karnawałem dla ciała i postem dla duszy. Nie ma żadnych historycznych podstaw, by sądzić inaczej.

Dlatego na dłuższą metę to zbiorowa mądrość czytelników będzie decydowała o doborze materiałów w mediach internetowych. Będą chcieli czytać i oglądać to, na co warto będzie – ich zdaniem – poświęcić czas. A redakcje, które będą się temu przeciwstawiać zbankrutują, czy się to komuś podoba, czy nie. Bo nawet jeżeli znajdą sobie wąską niszę, kierując się do wolnorynkowych katolików, jak ja – to i tak to ich czytelnicy będą decydowali o zawartości. Dziennikarz nie będzie panem informacji, ale sługą czytelników.

3. Czekają nas nieetyczne ustawy w obronie prasy

Zawód dziennikarski, taki jak znaliśmy od czasu wynalezienia prasy rotacyjnej 200 lat temu, potem zmieniony wynalazkami linotypu, radia i telewizji – jest zawodem ginącym. Przemowy – jakie czasem słyszymy – o tym, że dziennikarze zawsze będą potrzebni, to mącenie ludziom w głowach. Ich teza opiera się na tym, że skoro kilkaset lat temu i dzisiaj jeździmy pojazdami czterokołowymi, to zawód kołodzieja ma kolosalną przyszłość. Otóż nie: choć zakładów oponiarskich jest wiele i sam bywam w jednym dwa razy do roku, to dzisiejszy oponiarz nie czuje się kołodziejem.

Funkcję spełnianą do tej pory przez dziennikarzy zajmą inni ludzie – ludzie tak różni od dzisiejszych dziennikarzy jak oponiarze od kołodziejów. Jednak ta zmiana nie przyjdzie bezboleśnie.

Dzisiejsi dziennikarze mają ogromną władzę. Władzę nad politykami. Dzisiejsi dziennikarze ponad interesy ekonomiczne swych korporacji mogą przenosić swoje interesy zawodowe. Można się spodziewać – i pierwsze sygnały już do nas  docierają – że podobnie jak w przeszłości, dziennikarze jako grupa zawodowa będą walczyć o zachowanie swoich miejsc pracy. Z historii pamiętamy przecież powstanie tkaczy lyońskich, pamiętamy brytyjskich luddystów, pamiętamy w nowszych czasach strajki górników i hutników oraz protesty rolników  obronie Wspólnej Polityki Rolnej UE.

Byłoby rzeczą niespotykaną, gdyby dziennikarze nie próbowali bronić swojej dotychczasowej pozycji. Na pewno będą to robić, w szczególności poprzez wykorzystanie wpływów politycznych i forsowanie rozwiązań, które ich chronią. Mamy w Polsce abonament telewizyjny, opłacany z niezrozumiałych powodów na utrzymanie przedsiębiorstwa Telewizja Polska Spółki Akcyjna. Abonament, którego dziwnym trafem nie da się zlikwidować, mimo tego, że było to jedno z głównych haseł wyborczych PO.

Piotr „VaGla” Waglowski skrupulatnie wychwytuje kwestie prawne na styku Internetu, i mediów klasycznych (jak prasa) czy klasycznych producentów treści (jak koncerny muzyczne), po szczegóły odeślę więc do jego serwisu VaGla.pl. Z jednej strony dziennikarze z dużych redakcji walczą o zachowanie prawa prasowego powstałego w stanie wojennym, który utrudnia życie niezależnym wydawcom, z drugiej strony w USA mówi się o nowym prawie prasowym, które ma pozbawić wybrane serwisy internetowe korzyści z bycia prasą. No i oczywiście – jak można to było przewidzieć – dziennikarze chcą nowych podatków, z których będą mogli sobie spokojnie dożyć do emerytury.

I tak naprawdę to jest główny temat w sporach etycznych wokół dziennikarstwa: jak nie wykorzystać swoich wpływów w obronie swoich stołków wbrew interesowi społeczeństwa.

P.S. Moje wystąpienie w Krynicy i powyższy artykuł dotyczą ETYKI DZIENNIKARSKIEJ i jako takie skupiają się na GRZECHACH. W żadnym momencie nie chcę zasugerować, że owe grzechy są szczególnie liczne lub są niewybaczalne. Zapewne prawie wszyscy dziennikarze w prawie wszystkich swoich materiałach są uczciwi i rzetelni…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia Internetu. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *