Senatorzy dziedziczni i senatorzy z awansu w I, II i III RP

Czy w I RP mieliśmy kastę senatorską na wzór parów dziedzicznych w brytyjskiej Izbie Lordów? Jak bardzo demokratyczny był parlament międzywojenny? Czy są jakiekolwiek związki genetyczne między dzisiejszą elitą polityczną a światem II RP? To kilka z wielu pytań, na jakie chciałbym odpowiedzieć z Państwa pomocą. Nie wiem, czy dzisiaj warto pisać papierowe książki – ale wiem, że warto zrobić taką syntezę. Mam mnóstwo danych, ale proszę o pomoc w stawianiu pytań i interpretowaniu wyników. Co z tego wyjdzie – zobaczymy.

Kiedy 9 lat temu, we wrześniu 2001, brałem się za opracowanie genealogii elit polskich X-XXI w., żyłem w przekonaniu wypracowanym przez lekturę tablic w „Genealogii” W. Dworzaczka, jakoby Senat I Rzeczypospolitej był w całości dziedziczny. Wydawało mi się, że typowy wojewoda miał wielu synów, z których kilku zostawało kasztelanami, a kolejnych kilku biskupami. Zanim się zostawało wojewodą było się zwykle kasztelanem, a że człowiek żył krócej niż dzisiaj, to niektórzy nie dożywali awansu na wojewodę i umierali jako kasztelanowie (kasztelanów było zawsze więcej niż wojewodów). Kiedy rodzina wymierała w linii męskiej, miejsca w senacie przejmowali synowie córek wojewody – i tak oto zmieniały się nazwiska, lecz rodzina trwała na urzędach. A jako że w ramach elity łączyli się wszyscy ze wszystkimi, rzadko wchodząc w mezalianse, cała elita senatorska była jedną — dość wąską w istocie — rodziną.

Czy istotnie tak było? Czy moja intuicja była trafna? Przez wiele lat gromadziłem dane, których masa doszła już do stanu krytycznego, w którym nawet z milczenia źródeł można wyciągać wnioski. Jestem już w takiej sytuacji, że z dużym prawdopodobieństwem mogę przyjmować, że jeżeli nie znam przodków danego senatora, to oznacza, że nie miał on przodków wybitnych, ale pochodził z awansu: wspiął się na stanowisko własną pracą polityczną – osobistymi zasługami i umiejętnym lawirowaniem. Jak wielu było takich „senatorów w pierwszym pokoleniu” w Senacie I RP? Skąd się brali? Czy wchodzili na stałe do elity i ich dzieci lub zięciowie zostawali senatorami? A może inaczej – może Senat dzielił się na wyraźne grupy elity dziedzicznej i elity dożywotniej, niczym brytyjska Izba Lordów?

Profesor Ryszard Legutko w znakomitym Eseju o duszy polskiej postawił i przekonująco uzasadnił tezę, jakoby polskojęzyczne państwo w granicach ustalonych w 1945 r. i trwające do dzisiaj pod różnymi nazwami, było w istocie tworem zupełnie nowym, którego zbieżność nazw z przedwojenną Rzecząpospolitą Polską jest właściwie przypadkowa. O ile obecne elity III RP są bardzo ściśle zrośnięte rodzinnie i towarzysko z elitami PRL, o tyle elity II RP zasadniczo przestały istnieć w wyniku wydarzeń takich jak Katyń, Powstanie Warszawskie, Holocaust, likwidacja ziemiaństwa i upaństwowienie przemysłu.

Czy istotnie owo zerwanie było aż tak ostre? Czy dzisiejsi profesorowie, artyści i dawni opozycjoniści zasiadający w Senacie III RP są ludźmi „nowej kreacji”, jak mawiało się niegdyś? A może jednak choć część z nich to potomkowie elit przedwojennych, którym udało się przetrwać mimo „wysadzenia z siodła”?

I wreszcie trzecie pytanie – czy istotnie II RP była „państwem obszarników i kapitalistów”, jak nas uczono w szkołach czasu PRL, czy może na odwrót – była młodym krajem z powszechną proporcjonalną ordynacją wyborczą, w którym we władzach zasiadali typowi przedstawiciele ówczesnego społeczeństwa: chłopi, robotnicy i Żydzi? Jak dużo w ówczesnej polityce było Nikodemów Dyzmów, którzy trafili tam przypadkowo?

Na takie pytania chciałbym odpowiedzieć. Czuję, że już czas to zrobić. Ale wiem też dwie ważne rzeczy:
1) Potrzebuję jak najwięcej takich pytań-hipotez, a wszystkich sam nie wymyślę.
2) Nie jestem w stanie samodzielnie doprowadzić tej książki do poziomu klasycznej rozprawy naukowej – z przypisami, omówieniem historii badań, bibliografią itp. Nie dlatego, że nie potrafię: pod adresem http://ancientlogic.republika.pl/ można przeczytać moją rozprawę doktorską obronioną 12 lat temu na Uniwersytecie Jagiellońskim, która cały ten aparat naukowy posiada. Jednak właśnie dlatego, że wiem, jak to się robi – wiem też, że nie mam czasu i potrzeby, by ponownie to robić. Mam ważniejsze rzeczy do zrobienia.

Ale jeżeli mi Państwo pomogą, może razem damy radę. Tymczasem do dzieła – będę tutaj publikował eseje omawiające poszczególne pytania licząc na bieżącą ich krytykę. A może jakiś pracowity naukowiec chciałby zostać współautorem tego dzieła i dopisać brakujące części (przypisy, bibliografię, krytykę ustaleń dotychczasowych)? Z chęcią dopiszę współautorów na okładce, może ich być nawet czterystu, jak w tym króciutkim (3 strony!) artykule o odkryciu kwarku „t”.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia Internetu. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *