Napoleońska strategia biznesowa Google – analiza

Po raz kolejny zauważyłem, że Google stosuje taktyki biznesowe godne Napoleona. Zastanawiam się, czy te genialne posunięcia to świadoma kalkulacja, czy im to tak samo wychodzi?

Strategia ta polega na tym, że mając wielkiego konkurenta na danym polu wybierają sobie niszę mniej zagospodarowaną, rosną w niej organicznie, a następnie uderzają w przeciwnika od tyłu. Poniżej analiza charakterystycznych przypadków.

1. Walka z Yahoo o rynek wyszukiwania w USA

Wiadomość z 26 czerwca 2000 na CNet:

Inktomi’s shares plunged as low as $113 this morning when Yahoo said it will begin using start-up search provider Google for its primary search engine. By the close of regular trading, Inktomi was down $25.31, or 18 percent, to $115.06. Yahoo fell $6 to $119.31.

Zwróćmy uwagę: młody start-up o nazwie „Google” będzie odtąd dostarczał wyniki wyszukiwania gigantowi Yahoo!. Pamiętam to dobrze, byłem wtedy szefem działów Biznes i Poczta w wielkim portalu Onet.pl. Mała firemka Google była prawie nieznana, więc Yahoo! w nią zainwestowało i porzuciło na jej korzyść starego partnera Inktomi.

Google dostarczało wyniki wyszukiwania do Yahoo!, a oprócz tego działało pod własnym szyldem. Jednak Amerykanie są konserwatywni, i nie widzieli potrzeby zmieniania swoich przyzwyczajeń. Wyszukiwarka na Yahoo! działała doskonale – wiec po co używać innej?

Wtedy Google zastosował swoją strategię okrążania. Otworzył się na cały świat, tłumacząc swój interfejs na wszystkie możliwe języki, w tym tak egzotyczne jak polski. Yahoo! też próbowało otworzyć swoje polskie biuro, prowadziło negocjacje z Onet.pl i innymi – ale wobec chwilowego załamania gospodarczego porzuciło te plany.

Yahoo! do działania w danym kraju potrzebowało lokalnej redakcji – wiadomości, biznesu, obsługi serwisów towarzyskich i rozrywkowych. A Google nie: interfejs użytkownika był w kodowaniu Unicode, a jeden parametr tłumaczył wszystkie teksty na dowolny obsługiwany język.

Yahoo! cały czas było mocne w krajach takich jak Francja, Niemcy, Japonia czy oczywiście Wyspy Brytyjskie. Miało tam swoje redakcje i dobrze się okopało. Jego pozycja w USA była niezagrożona, chociaż inni (MSN) starali się ją osłabić.

Tymczasem Google budował swoją pozycję zagraniczną, podbijając kolejne kraje. Polska (z naszym Infoseekiem, którym ja potem kierowałem) trzymała się dosyć długo, ale i tutaj zostaliśmy przegonieni przez Google’a ok. r. 2004. W tym też czasie padały kolejne rynki europejskie zdominowane przez lokalnych graczy (jak Eniro w Skandynawii). Nawet Wyspy Brytyjskie padły i rynek wyszukiwawczy został zdominowany przez Google’a.

W USA dla odmiany częściowo tego nie zauważono. Yahoo! po dwóch latach współpracy z Google przedłużyło umowę na kolejne dwa lata (był to u nich standardowy cykl: przed dwuletnią współpracą z Inktomi mieli 2 lata współpracy z AltaVistą). Jednak Terry Semel, który rządził Yahoo! po przejściu z Disneya (który dla odmiany kupił Infoseeka przemianowując go na go.com) poskupywał wszystko, co się dało: Inktomi, AltaVistę, AllTheWeb i GoTo.com (te ostatnie trzy w pakiecie pod nazwą „Overture”).

Ludzie w Yahoo! robili co mogli, by zbudować najlepszą możliwą wyszukiwarkę i obronić pozycję w USA. Ale było już za późno. Cały świat należał do Google’a, rynek amerykański również skapitulował.

Obecnie 2/3 przychodów Yahoo! pochodzi z USA, w porównaniu do 1/2 dla Google. Ale nawet ta 1/2 Google’a jest większa od 2/3 Yahoo!…

2. Portalowość

Google na początku swojej działalności wypisało listę rzeczy, których nie będzie robić. Było tam m.in.:

Google does not do horoscopes, financial advice or chat

Oczywiście, że te wszystkie rzeczy są teraz na Google… Tłumaczą się wprawdzie, że:

Over time we’ve expanded our view of the range of services we can offer –- web search, for instance, isn’t the only way for people to access or use information -– and products that then seemed unlikely are now key aspects of our portfolio. This doesn’t mean we’ve changed our core mission; just that the farther we travel toward achieving it, the more those blurry objects on the horizon come into sharper focus (to be replaced, of course, by more blurry objects).

ale co z tego wynika? Danny Sullivan twierdzi, że pracuje tutaj „inteligencja roju pszczelego” – że Google to tysiące ludzi i każdy z nich stara się robić to co lubi, więc nie ma tu jednego wielkiego „master-planu”, tylko chaotyczne ruchy tysięcy jednostek, które same nie wiedzą, co robią.

Ale może jest inaczej? Otóż Google twierdząc, że nigdy nie będzie wprowadzało rzeczy portalowych zabezpieczyło się od strony portali, które tak jak Yahoo! nie traktowały go jako zagrożenia od tej strony (co innego – pozycja na rynku wyszukiwania, o czym wyżej). Stało się jednak tak, że z wolna wszystkie elementy portalowe znalazły się na iGoogle i portale horyzontalne jako takie znalazły nieoczekiwanie wielkiego konkurenta do roli „strony startowej, na której się sprawdza, co nowego”.

3. Poczta – walka z MS Outlook

Była sobie niezależna firma Hotmail. Wzorowałem się trochę na niej projektując serwis OnetMail (poczta komercyjna), który potem zamienił się na OnetPocztę. Hotmail kupiony został przez Microsoft i włączony do MSN. Obok poczty Yahoo! i usług AOL był to najważniejszy serwis poczty elektronicznej na świecie (w Polsce nie, bo tu byliśmy my i nasi kochani konkurenci).

Ale kto wtedy używał poczty przez WWW, gdy łącza były słabiutkie (8 kB na sekuntę czyli 56kbps) i co chwilę się rwały? W momencie powstania Google’a praktycznie wszyscy korzystali z Outlook Express, który łączył się ze skrzynką pocztową prostym protokołem POP3/SMTP tylko na czas transmisji poczty. Z kolei korporacje instalowały serwer Exchange i obsługującego go „dużego Outlooka”.

Google zaczął od niszy, którą wszyscy pogardzali – użytkowników wysyłających DUŻE ZAŁĄCZNIKI. Kiedy wszyscy inni starali się tłumaczyć, że nie może być tak, że 5% użytkowników wysyłających załączniki zużywa 95% łącza i miejsca na dysku – wtedy Google uruchomił GMail dając każdemu gigabajtowe skrzynki miejsca w skrzynce. To było kilka rzędów wielkości więcej niż konkurencja!

Popularność GMaila rosła i rosła, ale cały czas był to tylko „webmail”. Aż w końcu przyszedł czas, by zaatakować Outlooka. Ale wcale nie tak, jak by się wydawało na pozór: nie poprzez rozdawanie aplikacji (choć Google ma w tym doświadczenie – vide Google Earth i mogłoby spróbować). Nie. Interfejs użytkownika zostaje ten sam – Firefox lub IE (co komu wygodniej). Natomiast dzięki Google Gears nie potrzebujemy już połączenia z Internetem. Na naszym laptopie (netbooku) możemy sobie spokojnie pisać listy nie przejmując się, czy jesteśmy w zasięgu WiFi, czy nie…

4. Podsumowanie

We wszystkich tych przypadkach (a także wielu innych) Google unikał frontalnego ataku, zupełnie inaczej niż Microsoft który w obliczu zagrożenia przejmował firmy lub rzucał do boju swoje dywizje. Google inaczej: zajmował obszary porzucone, a następnie wykorzystywał zjawisko konwergencji ewolucyjnej.

Google jest jak wilk workowaty, orka albo nietoperz. Niby ewolucję ma zupełnie inną niż zwykły wilk, rekin czy sikorka. Genealogicznie różnią się diametralnie. Ale efekt jest ten sam.

Wilk workowaty, orka i nietoperz nie wymyśliły swojej strategii ewolucyjnej. Samo wyszło. Czy Google’owi też samo wyszło, czy też Page, Brin, Schmidt & co. są tacy genialni?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Analizy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *